WYDARZENIA / WYWIADY / Jubileusz roku przebudzenia – rozmowa z artystą rzeźbiarzem Maciejem Syrkiem

Jubileusz roku przebudzenia – rozmowa z artystą rzeźbiarzem Maciejem Syrkiem

BP: Pana rzeźby znajdują się galeriach i prywatnych kolekcjach na Węgrzech, w Niemczech, Austrii, Francji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, USA, Japonii oraz w Polsce. Obecnie podziwiać je możemy w Pana rodzinnym mieście, w Muzeum Rzemiosła w Krośnie – Piwnicy PodCieniami na wystawie zatytułowanej MOJEMU MIASTU. Jest Pan w niezwykły sposób związany z Krosnem. Jak określił by pan ten związek?

Kończąc studia w Krakowie zastanawiałem się, co dalej robić. Skończył się czas swobody, błogiego stanu i trzeba było zabrać się za konkretne działanie, zabrać się za życie. Po jakimś czasie stwierdziłem, że trzeba wrócić w to miejsce, gdzie człowiek czuje się najlepiej. I tak właśnie się stało. Nie zostałem w Krakowie, który w latach 70. zaczął pogrążać się w niesamowitej szarości, zapadał w coś, co krakusi określają „dziadostwem”. A prowincja ma to do siebie, że się tak szybko nie zmienia. Bo prowincja to większy spokój, a przy dzisiejszej technice kwestia dystansu, odległości nie ma już takiego znaczenia. Prowincja to nie jest pojęcie geograficzne, prowincja to pojęcie świadomości. Kwestia prowincji to coś, co leży w kategorii myślenia. Wróciłem do Krosna i po jakimś czasie stwierdziłem, że to był bardzo dobry, sensowny wybór. W Krośnie nie tylko dobrze się czuję, ale za każdym razem, kiedy z niego wyjeżdżam, wracam myślami w te strony i porównuję. To porównanie zawsze wychodzi na korzyść Krosna. Na pewno ktoś, kto mieszka w wielkim mieście ma w zasięgu ręki to wszystko, o czym my niejednokrotnie marzymy. Ale w tej chwili świat się skurczył, to, co kiedyś było nieosiągalne w takich miejscach jak Krosno, dziś dzieje się w naszej obecności. Wystarczy tu choćby wspomnieć duże, międzynarodowe wydarzenia, które regularnie odbywają się w naszym mieście. Poza tym w Krośnie jest dobra atmosfera do pracy. Mam tu za ścianą własnego domu swoje skromne studio, w którym powstają moje rzeźby. Taki układ tworzy idealne warunki do pracy. Omijają mnie problemy moich kolegów artystów z Krakowa czy Warszawy, którzy płacąc olbrzymie kwoty wynajmują niewygodne pracownie.

Dużo zawdzięczam temu miastu, i temu miastu dedykuję moją wystawę w Piwnicy PodCieniami. Mam nadzieję, że w minimalnym stopniu wyrazi ona moje zaangażowanie. Chcę oddać swój dorobek  ludziom, którzy będą się przyglądać i oceniać… wszak praca artysty polega na poddaniu swojej pracy ocenie odbiorcy.

BP: W 1975 roku ukończył Pan Wydział Rzeźby w Krakowskiej ASP w pracowni Antoniego Hajdeckiego. Jednak Pańska wrażliwość estetyczna jak i sam warsztat artystyczny zaczęły kształtować się znacznie wcześniej. Czy dorastanie  w otoczeniu ludzi sztuki i najwcześniejsze doświadczenia artystyczne wyniesione z domu  są nadal dla Pana inspiracją? Kiedy narodził się Maciej Syrek – artysta rzeźbiarz?

Jest chwila, jest moment i wszystko się zmienia. Ale niewątpliwie niezmienny jest fakt, że na to, co robię, kim jestem, ogromny wpływ miała moja rodzina. Szczególną rolę odegrał  mój dziadek – , który był rzeźbiarzem. Przed I wojną światową studiował w Krakowskiej Akademii Nauk w pracowni Konstantego Laszczki. W jego indeksie, który trzymam do dziś (indeks Cesarskiej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie), obok siebie widnieją takie nazwiska jak: Lucjan Rydel – historia sztuki, Konstanty Laszczka – rzeźba, Teodor Axentowicz – rysunek i cała rzesza innych znanych artystów. Kiedy wybuchła wojna, mój dziadek trafił na front włoski i został ranny. Po wojnie w Galicji wydarzyła się rzecz nieprawdopodobna. Kiedy cała Europa ruszyła szybkim tempem do przodu, tu się dopiero wszystko zaczynało. Świadomość wieku XX dopiero się budziła. Dziadek założył swoją pracownię, w której wykonywał swoje dzieła – rzeźby sakralne, kompletne ołtarze, m.in. powstał w niej ołtarz główny i dwa ołtarze boczne z kościoła pod wezwaniem Świętego Józefa w Wysokiej Strzyżowskiej. Cały czas jestem pod wrażeniem jego pracy. Dzięki niej dziadek wybudował dom – piękną willę i zapewnił byt rodzinie na wiele kolejnych lat. Józef Smoczeński uczył się rzemiosła rzeźbiarskiego w Krośnie w pracowni Andrzeja Lenika.

Do dziś  napis na budynku przy ul. Lwowskiej (gdzie mieściła się owa pracownia), Ars longa vita brevis, wykonany na fasadzie w technice sgraffito, przypomina, że to właśnie sztuka jest czymś, co pozostaje. A życie? Życie jest, później człowiek umiera i jeśli w tym życiu niczego po sobie nie pozostawi, staje się nieznany. Jeśli jednak stara się dołożyć chociaż jedną cegiełkę do tej wielkiej historii miasta, to może ktoś kiedyś sobie przypomni o jego staraniach, o tym co zrobił bądź chciał zrobić. Część rzeczy mu się udała, część pozostała w sferze życzeń.

W mojej rodzinie było wiele osób, które zajmowały lub zajmują się sztuką. Oprócz  Józefa Smoczeńskiego, związki ze sztuka miał mój ojciec chrzestny – brat matki – Stanisław Smoczeński. Był on wychowankiem Akademii Sztuk Pięknych, kształcił się w pracowni rzeźby u profesora Ksawerego Dunikowskiego. Był bardzo zdolnym rzeźbiarzem, jego pomnik znajduje się na cmentarzu wojskowym w Dukli. Polecam również uwadze niezwykłej artystycznej urody, pasję na belce tęczowej w kościele farnym w Jaśle. To jakby synteza gotyku i baroku z wyraźnym piętnem indywidualizmu pracowni Dunikowskiego. Związki ze sztuką miał również drugi brat mojej matki – Andrzej Smoczeński – architekt oraz jego żona Barbara, świetna akwarelistka z Rzeszowa. Kuzyn  mojego ojca – Kazimierz Syrek, był profesorem Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wpływ tych ludzi na to, co i jak robię okazał się na pewno znaczący, bo od dziecka coś tworzyłem, rysowałem, później zacząłem rzeźbić. Pierwszy raz wziąłem dłuto do ręki na zasadzie zabawy, stopniowo coraz bardziej się z nim oswajając.

BP: Tadeusz Gajewski we wstępie do katalogu Pańskich prac pisze: ”Maciej Syrek za każdym razem, gdy przyniesie do swojej pracowni nowo zakupiony złom kolorowych metali mówi: „popatrz jaki wspaniały materiał kupiłem”. Bierze do rąk poszczególne kawałki brązu, uważnie je ogląda, pociera palcami. Widać wtedy jak silna więź łączy artystę z jego ulubionym tworzywem. Bo dla Mistrza Macieja surowiec, czy to będzie polny kamień obrobiony wstępnie przez deszcz, wiatr i wieki, czy zużyty mosiężny tryb z nieustającej maszyny, to nowe inspiracje, zapowiedzi przyszłych wzruszeń jakie niesie obcowanie z niepowtarzalnością, surową formą”. Będziemy mieli okazję podziwiać Pańskie dzieła, w których zamknięta jest niezwykła historia od inspiracji poprzez dobór materiału i techniki wykonania, po samo nazwanie. A jednak to dopiero początek tej opowieści, która od tej chwili wymyka się z rąk artysty i wychodzi poza mury jego pracowni.

Wystawa „MOJEMU MIASTU” jest dość specyficzna, pokazuje pewien wybrany wycinek mojej twórczości. Są na niej prace stosunkowo nowe, ale i te starsze, których nigdy wcześniej nie pokazywałem. W moim przypadku to rzadka okazja przygotowania takiej wystawy, ponieważ trudno mi zgromadzić w jednym miejscu i jednym czasie tak reprezentatywną ilość prac. Żyję z tego, co robię, dużo swoich prac sprzedaję. Jednak to, że pani Ewa Mańkowska  - dyrektor Muzeum Rzemiosła w Krośnie - zaproponowała mi zrobienie wystawy w Piwnicy PodCieniami bardzo mnie ucieszyło. Wiedziałem, że moje prace będą się w tych wnętrzach bardzo korzystnie prezentować. Nowe wyposażenie Piwnicy PodCieniami na pewno w znacznym stopniu wpłynie na wygląd i odbiór wystawy. Szczególnie cieszy mnie odpowiednie, profesjonalne światło, które wierze, że bardzo dobrze zadziała. Myślę, że wnętrze Piwnicy PodCieniami jest odpowiednie dla moich prac. Sprawia ono wrażenie intymności. Nie jest to salon, świątynia sztuki, panuje w nim klimat przytulności. Nie będzie to wystawa monumentalna, bo nie liczy się skala. Zdarza się, że są rzeczy ogromne, ale nie niosą za sobą żadnego przesłania, a niejednokrotnie mała forma, miniatura potrafi zaskoczyć monumentalnym wyrazem.

Jeśli chodzi o mój warsztat pracy, to już dawno stwierdziłem, że nie opłaca się angażować dużych sił i środków, by był on jakiś ogromny i nowoczesny. Tradycyjnymi środkami można osiągnąć wspaniałe rezultaty. Niektórzy, widząc moją pracownię, określiliby ją jako prymitywną. Ale mnie to wystarczy, za pomocą tych prostych warunków potrafię stworzyć rzeczy, które mnie reprezentują, które spełniają moje poczucie estetyki. Porównując rzeczy w galeriach, na wystawach stwierdzam, że nie mam żadnych kompleksów.

Kiedyś robiłem dużo ceramiki. Gdy pracowałem w Domu Kultury, prowadziłem nawet warsztaty z tego zakresu. Ministerstwo zapraszało mnie na zajęcia ceramiczne do Kielc, gdzie prowadziłem warsztaty rzeźby ceramicznej. Zajmowałem się również rzeźbą z drewna. Projektowałem szkło, z którego wykonywałem unikatowe przedmioty. Po jakimś czasie jednak stwierdziłem, że nie można robić wszystkiego, postanowiłem się w czymś wyspecjalizować. W tej chwili tworzę rzeźby, z reguły małe formy, czasem pracuję w drewnie. Bardzo lubię dąb. Jest to trwały materiał, według mnie jeden z najdoskonalszych.

Na wystawie w Piwnicy PodCieniami zaprezentuję jedną rzeźbę w drewnie. Jest to praca wykonana na zamówienie. Dzieło łączy w sobie drewno mahoniowe i miedź, z której wykonana jest czapa. W swojej pracy bardzo często wykorzystuję kamień, który, podobnie jak drewno, jest materiałem pospolitym, często występującym w naszej szerokości geograficznej, jest wszechobecny i zawsze w zasięgu ręki. Jednak piękno kamienia nie jest już pospolite. Niektóre kamienie, które spotykam na swojej drodze, biorę do ręki, podnoszę z ziemi i zabieram z sobą do domu. Mam całą galerię kamieni. Czasami wykorzystuję je jako podstawę do rzeźby, czasami jako jej integralny element. Naturalny kamień sprawdza się najlepiej. Cięty, polerowany granit nie ma już takiego wyrazu jak ów otoczak, który przez tysiące, setki tysięcy lat rzeźbiony był przez wodę. Kamienne żyły, wżery … to wszystko mnie fascynuje, właśnie takie naturalne formy. Rozpocząłem nowy etap w mojej twórczości. Chcę robić formy nowe i takie, których dotychczas nieczęsto się podejmowałem. Większą uwagę skupiam na unikalnym kształcie kamienia. Skojarzenie go ze szkłem czy metalem przynosi wspaniałe, zaskakujące rezultaty.

Wiele moich dzieł skomponowałem na zasadzie syntezy obrazu i słowa. Zapis literniczy jest dla mnie znakomitym uzupełnieniem pracy. Wykorzystuję tu swoją fascynację łaciną, bo przecież najpiękniejsze kompozycje liternicze pochodzą z antykwy. Wiedza którą posiadłem w tym zakresie i umiejętności, jakie zostały mi przekazane zawdzięczam profesorowi Adamowi Stalony-Dobrańskiemu oraz profesorowi Bolesławowi Oleszce. Dostałem od nich coś, co pamięta się do końca życia. To stanowi właśnie rdzeń tej mojej fascynacji klasycznym krojem liternictwa. 

Źródeł moich inspiracji jest wiele. Poszukuję na przykład w literaturze. Lubię Latynosów, cenię twórczość Gabriela Gracía Márqueza, ciekawie pisze również Julio Cortázar. Lubię też słuchać muzyki, którą wybieram i identyfikuję z pewnym okresem mojego życia. Muzyka stanowi dla mnie coś, co dzisiaj określa się jako background. Nierzadko zastanawiam się, dlaczego nie mogę ukończyć projektu, który był już przemyślany, wydawało mi się, że wszystko już w nim zostało dopowiedziane  mi się, że ot tak, wezmę ołówek i za pomocą kilku prostych kresek zamknę go w idealnym kształcie. I wtedy włączam muzykę, a rozwiązanie przychodzi samo… po prostu brakowało tła. Mam w domu pracę Adama Hoffmanna. Jest to rysunek węglem, autoportret  z modelkami, na którym autor występuje jako Satyr. W zasadzie nie spotkałem się z nim nigdy na żadnych zajęciach, nawet niespecjalnie rozmawialiśmy na temat sztuki. Zachwyca mnie jednak jego wyobraźnia, jego indywidualność, jest dla mnie jako człowiek – nieprawdopodobny. W jego katalogu „Autoportret z tłem” znalazła się m.in. recenzja Marka Sołtysika, mojego kolegi z roku, który odszedł od plastyki i na rzecz pisania powieści. Sołtysik pisze: „Adam Hoffmann to malarz, który ma odwagę być niemodny” (..) Podczas gdy na fali październikowej odwilży grzeczni dotychczas malarze powylewali na płótna jeziora farb, a rzeźbiarze mozolnie konstruowali coś pokracznego z badyli i sznurka, Hoffmann chwalił Stwórcę, doskonaląc warsztat rysownika i korzystając z wyobraźni. Jego kompozycje, zawsze bliskie surrealizmu, nie spełniały jednak „ustaleń kanonu”. Artysta nie miał zamiaru wypompować powietrza z bohaterów swoich rysunków…Wokół niego – i w ogóle w jego ówczesnej malowniczej, jak z innego świata pracowni w ogrodzie, choć w środku miasta – gromadzili się przyszli mistrzowie metaforycznej grafiki krakowskiej. Dawał dużo (…). Jest w pamięci wielu z nas, którzyśmy się przekonali, że szorstkością osłaniał w sobie najlepszy gatunek ciepła”. To jest niebanalne sformułowanie i określenie pewnej świadomości estetycznej i pewnej indywidualności oraz postawy artystycznej. Ostatnie zdanie jest tak genialne, że cała reszta pisana przez innych nie dorasta do tego zdania.

Kiedyś byłem namiętnym czytelnikiem magazynu National Geographic. Ukazał się tam swego czasu artykuł na temat eksperymentu nuklearnego. Zobaczyłem tam fotografię żołnierzy siedzących w fotelach jak w teatrze. Wyglądali jak wyrwani z lotniskowców - w ciemnych okularach, niektórzy byli w mundurach. Czekali na spektakl wielkiego wybuchu nuklearnej bomby. Moją uwagę przykuła postać jednego, nieprawdopodobnego człowieka, określiłbym go jako weterana. Od razu zobaczyłem w nim doświadczonego inwalidę wojennego. Pod wpływem tego doświadczenia powstała jedna praca z cyklu katastroficzno–wojennego (od estetyki batalistycznej nie mogłem uwolnić się przez wiele lat) – żołnierz w hełmie na głowie, z fragmentem czegoś w kształcie broni, z jedną nogą kompletną a drugą uszkodzoną. Praca ta ogromnie podobała się Stanisławowi Kochankowi. Jeden jedyny raz zaprezentowałem ją przed wielu laty na wystawie. Wtedy to właśnie Mistrz Kochanek podszedł do mnie, uścisnął mnie, ucałował i nic nie mówiąc wskazał na nią.

BP: „Wyobraźnia Macieja Syrka to żywioł, który owocuje eksplozją form wydobywanych z kamienia, drewna, z metalu – rozgrzanego metalu, który tylko on potrafi ujarzmić, w odpowiedniej sekundzie zalać lodowatą wodą, by wyrwać z płynnego żywiołu ten jedyny, niepowtarzalny i według niego najwłaściwszy kształt. Kształt wyrwany jednej chwili, o jakiej artysta decyduje”. Tak opisuje pana wrażliwość estetyczną, umiłowanie przedmiotu i wyjątkowe wyczucie chwili Jan Tulik.

Przedmioty wokół nas wpływają na naszą wyobraźnię, na nasze samopoczucie, na nasz nastrój. Przyzwyczajam się do przedmiotów, które mnie otaczają. Bardzo lubię używać nazwy „przedmiot”, bo to określenie które bardzo dużo mówi. Weźmy np., „stary przedmiot”, którym może być choćby noga od krzesła. To może być przedmiot bardzo piękny i nie mieć nic wspólnego z jakąś utylitarną surowością. Bo kiedy wszystko pozostaje w sferze funkcjonalności to zatraca piękno, o którym pisał Norwid. Norwid bardzo pięknie zdefiniował sprawy przedmiotu codziennego, pisząc, że w każdym przedmiocie, który człowiek bierze do ręki  musi być piękno.

O relacji przedmiotu i człowieka doskonale opowiadają  pewne wydarzenia, których doświadczyłem. Kiedyś poprosiłem pewną kolekcjonerkę moich prac o wypożyczenie jednej z nich. Na co ona odpowiedziała: „Bardzo mi przykro Mistrzu, ale nie – bo ja bym wtedy nie mogła zasnąć”. Jest to oczywiście jakaś forma recenzji i jakiegoś zdefiniowania stosunku właściciela przedmiotu i jego oceny. Jest więc w tym przedmiocie jakaś wartość, jakieś głębsze przesłanie. Innym razem gościłem znajomego Duńczyka. Siedzieliśmy razem, kiedy on zwrócił uwagę na jedną rzeźbę. Od razu zdecydowany był ją kupić. W czasie naszej dalszej rozmowy, mój gość, już właściciel rzeźby, gładził ją wiele razy, aż w końcu powiedział, że nadałby jej tytuł „Płaczki”... a ja ją  tak właśnie wcześniej nazwałem. Ten sam człowiek bardzo nalegał, by zobaczyć moje atelier. Odwodziłem go od tego ze względu na bardzo proste warunki tego pomieszczenia. Był jednak nieugięty. Kiedy wszedł do mojej pracowni, usiadł przy drzwiach, przy których stało wielkie imadło. Zamyślił się, posmutniał bardzo, aż w końcu powiedział: „Wiesz, ja się tu bardzo dobrze czuję”. Przypomniały mu się jego rodzinne strony, ojciec, który był farmerem i miał podobna kuźnię, przeniósł się na chwilę w tamte odległe, szczęśliwe czasy. Bo to jest właśnie ten pewien poziom wrażliwości. Ten pozorny bałagan - to mój styl pracy, który mi odpowiada. Niektórzy ludzie, którzy mówią o estetyce, chcą ją widzieć jako coś nieskończenie doskonałego, ale są też ludzie, którzy widzą piękno w jakimś takim układzie nie za bardzo precyzyjnym, nie za bardzo symetrycznym, w jakimś pozornym nieładzie.

BP: Wystawa MOJEMU MIASTU, to nie tylko święto pańskiej twórczości artystycznej, ale też wyjątkowy jubileusz.

Ktoś zapyta: „Wystawa jubileuszowa?” A właściwie dlaczego nie. 40 lat to ważny jubileusz, 40 lat temu podobno człowiek stanął na księżycu, ja w tym czasie widziałem to w telewizorze w Krakowie na wystawie sklepowej w Rynku. Dla mnie to data symboliczna, wtedy przekonałem się, że to, co robię jest tym, co powinienem robić. To jest kwestia obudzenia się świadomości. Bardzo ważne jest przekonanie o tym, co człowiek chce robić, co powinien robić. W roku 1969 to właśnie  przeżyłem. Był to etap obudzenia się mojej świadomości. Jedną z moich prac zatytułowałem właśnie „Rok przebudzenia” „To coś”zdarzyło się w moim życiu jeszcze kilkakrotnie. Najpierw było przebudzenie pierwotne, później wtórne, na wskutek zobaczenia czegoś, co jest ważne. Człowiek zajmujący się czymś, jak ja  rzeźbą, po jakimś czasie stwierdza, że to, co robi, robi za długo i szuka wtedy nowych form, nowych treści. I tak , po jakimś czasie zmieniłem zupełnie swoje nastawienie do świata, zauważyłem inne wartości w przedmiotach, w ludziach. I to się dzieje do dzisiaj. W tej chwili właśnie czuję, że zbliża się kolejny zakręt w moim życiu. Mam już przygotowane kolejne koncepcje, pewne prace, które nie będą podobne do obecnych. Będą inne, choć w dalszym ciągu rozpoznawalne, będą miały inny charakter, będą jakby nie z tego świata. Poczyniłem już pierwsze kroki, ale to się dopiero dzieje, to się będzie dopiero rozwijać.

z Maciejem Syrkiem rozmawiała Bożena Paradysz (MRzK)
fot. archiwum Macieja Syrka, Stanisław Materniak, Mariusz Kus (MRzK)

 
  • Bożena Paradysz
  • 2009-08-25